Musiał spaść na dno, aby się odbić. Stracić wszystko, co miał, żeby zrozumieć, jakie to było dla niego ważne. Otrzeć się o śmierć, aby szanować życie. Bezrobotny, bezdomny Zbigniew Laskowski, znalazł w sobie siły, by wyjść z alkoholowej agonii, dźwignąć się z rynsztoku i spróbować żyć, jak dawniej.

Uciec nałogowi

Życie w gruzach

Miał żonę, dwójkę dzieci, w miarę dobrze płatną pracę. Jednym słowem życie mu się układało. "Unima" upadła, wzrosło drastycznie bezrobocie, o pracę było bardzo ciężko. Jednak nasz bohater jakoś sobie radził. Pracował dorywczo, chwytał każdą okazję.

- Pracowałem na budowach u prywaciarzy. Po pracy szliśmy na piwo i tak się zaczęło - mówi Zbigniew Laskowski.

Życie rodzinne powoli waliło się w gruzy. Kłótnie rodzinne, eksmisja po siedmiu latach picia, później rozwód i więzienie - spadł na dno. Po wyjściu na wolność szlajał się po melinach, spał gdzie popadnie, pił coraz mniej wyszukane trunki.

- Dla mnie denaturat był najważniejszy, reszta się nie liczyła - wspomina pan Zbigniew. - Po szklaneczce "trunku" czułem się dumny jak bohater.

Uważał, że alkohol to lek na całe zło. Objeździł całą Polskę. Niby za pracą, lecz tak naprawdę szukał okazji, aby "wyrwać" parę złotych i mieć za co pić. Chęć ustatkowania się była tylko pretekstem. I tak przez kilka lat schodził po drabinie degradacji na sam dół.

Powrót z odwyku

Któregoś dnia coś go tknęło. Zrozumiał, że w ten sposób niczego nie uzyska. Zdał sobie sprawę, że jest więdnącą roślinką, czekającą na swój koniec. Rachunek sumienia przyczynił się do decyzji o leczeniu. Miał dużo szczęścia, bo na oddziale detoksykacji w Olsztynie akurat zwolniło się miejsce.

- Nie mogłem czekać dłużej - mówi pan Zbigniew. - Było naprawdę ciężko...

Kiedy kuracja dobiegała końca ogarnął go lęk. - Bałem się kontaktu z otoczeniem, przedłużałem pobyt w szpitalu jak tylko mogłem.

Jednak nadszedł czas, że musiał stawić czoła drapieżnemu i kuszącemu światu. Udało się. Nie pije od półtora roku. Uczęszcza na terapię do miejscowej poradni uzależnień. Stara się, przynajmniej częściowo, odzyskać to, co kiedyś stracił. Po powrocie z odwyku uzyskał pomoc pieniężną z MOPS-u. Za aprobatą poprzedniego zarządu miasta zrobił sobie lokum w budynku tej instytucji. Za udzielone wsparcie potrafił się odwdzięczyć i nieodpłatnie wyremontował biura MOPS-u. Kiedy tylko może, stara się nie korzystać z pomocy tej placówki, ponieważ wie, że są ludzie, którzy bardziej jej potrzebują. Gdy nadarzy się okazja, dorabia - to tu, to tam. Odzyskał kontakt z rodziną. Od czasu do czasu spotykają się.

- W trudnych chwilach, przy nawrotach głodu alkoholowego, oni są dla mnie podporą, wsparciem - tłumaczy pan Zbigniew. Wie, że poprzednich relacji z najbliższymi nie uda się w pełni odbudować, ale cieszy się tym, co ma.

Obywatel drugiej kategorii

Mimo sukcesów w walce z nałogiem wciąż czuje się obywatelem drugiej kategorii. Nie ma stałego meldunku. To utrudnia załatwienie wielu spraw, nawet takich najprostszych jak korespondencja. Lokum w MOPS-ie jest na krótką metę. Nie ma tam odpowiednich warunków sanitarnych, brak łazienki, itp. Adres tej instytucji nie może być jednocześnie adresem przebywających tam bezdomnych. Owszem, chodzi do Urzędu Miejskiego, zabiega o jakiś lokal, prosi o jakąkolwiek pomoc. Cieszyłaby go nawet bezużyteczna rudera. Potrafiłby ją przystosować do swych potrzeb, wyremontować. W zamian mógłby to samo uczynić z kolejnymi takimi obiektami, aby mogły służyć kolejnym potrzebującym.

- Potrafię się odwdzięczyć, nie chcę nic za darmo. Ja to odpracuję, bo chcę zrobić również coś dla miasta - deklaruje pan Zbigniew. - Władze obiecują pomoc, jednak to się tak długo toczy, że mam wrażenie jakbym wchodził po schodach, a ciągle był na parterze.

Potrzebna wiara

Ma swoją teorię o tym, dlaczego tak niewielu alkoholików potrafi zerwać z nałogiem.

- Terapia jest skuteczna jedynie wtedy, gdy sami jej chcemy, poddajemy się leczeniu z własnej nieprzymuszonej woli. Przymusowe leczenie bez zaangażowania chorego jest nieskuteczne, a efekty są pozorne - tłumaczy. - Trzeba naprawdę wierzyć, że się uda, być upartym w dążeniu do celu. Niektórzy nałogowcy uważają, że nie są chorzy i ten problem ich nie dotyczy. Inni nawet nie wiedzą, że taki odwyk istnieje. Reszta boi się.

- Reklamy piwa widać wszędzie, a informacje o terapiach są prawie niewidoczne. Tak jak u nas - tylko z boku budynku przychodni - z żalem mówi pan Zbigniew.

Twierdzi, że warto znaleźć sobie jakieś zajęcie, aby zapomnieć o nadchodzących falach choroby. Nie jest łatwo trwać w trzeźwości korzystając ze schronisk czy noclegowni. Najczęściej trafiają tam jednak pijący, i to intensywnie. Wspólne egzystowanie jest wielką pokusą dla tych, którzy chcą z gorzałką zerwać. Ci ostatni, na początek, najczęściej potrzebują też detoksykacji, ale na miejsce w szpitalu trzeba długo czekać. Często za długo, by chęć zerwania z nałogiem przetrwała.

Trudna próba

Bardzo ciężko wygrać z nałogiem. Odwyk i terapia nie dają 100% zwycięstwa. Dużo zależy od samego pijącego i jego siły wewnętrznej. Ta próba jest ciężka i wyczerpująca, jednak są osoby, które ją wygrały. Na razie tylko pierwszą batalię, bo z alkoholizmem walczy się całe życie. Warto mówić o ludziach, którym się udało, może wskażą innym drogę zwycięskiej walki walki z "armagedonem".

Łukasz Wojciechowski

2003.02.19